Posty

Licencja na sprzątanie

Linka jest szczęśliwą posiadaczką wcale nie tak starego laptopa, którego użytkuje w bardzo niewłaściwy sposób - kiedyś już wspomniała, że zasługuje na dożywotnią rentę w sprawach IT. Nie chodzi nawet o plamy po zmywaczu do paznokci, które sprytnie zakleiła serduszkiem WOŚP, tylko o to, że z 400 GB pamięci zaczyna się niebezpiecznie ulewać, a biedny komp  wydaje jęki niczym odkurzacz Predom, działając przy tym w tempie poruszających się lodowców. Czarę goryczy przelał komunikat wystosowany  do Linki, że laptop na uruchomienie potrzebuje 263 sekund, a jego działania spowalnia 16 niepotrzebnych aplikacji. Oczywiście Linka jako pierwszy wróg zbędnych aplikacji, postanowiła je zlokalizować i z premedytacją unicestwić. Zakasała rękawy, rozsiadła się wygodnie w fotelu i rozpoczęła polowanie. Uruchomiła panel sterowania, następnie przeszła do odinstalowywania programów i nieoczekiwanie wydała przeciągłe: ooo . Jej oczom bowiem ukazała się lista tysiąca i jednej pozycji z programami różnej maśc...

Strach ma wielkie wole

Dawno, dawno temu, gdy Linka była jeszcze malusim, pociesznym grubaskiem o bardzo małym rozumku zostało rzucone jej wyzwanie. - zejdziesz do piwnicy? – z przebiegłą miną powiedział Mały Menda. - co, ja nie zejdę? Potrzymaj mi piwo – powiedziałaby Linka 20 lat później. Wówczas takie zadania od razu brała na klatę bez dodatkowych wspomagaczy. Tym bardziej nie przeczuwała podstępu brata,  gdyż piwnica często robiła za centrum dowodzenia, albo jedną z kryjówek podczas zabawy w chowanego. Linka na pulchnych nóżkach podreptała pod drzwi piwnicy, Mały Menda jak cień sunął za nią. Stanęła u szczytu schodów i nie zapalając światła, jako że był dzień, a strumień letniego słońca wpadał przez małe okienko, zaczęła schodzić po stromych stopniach. Gdy stanęła na twardej betonowej podłodze, nagle zauważyła ruch w przeciwległym zaciemnionym kącie. Lekko zaniepokojona, ale zaintrygowana postąpiła krok naprzód, żeby lepiej zbadać niecodzienne zjawisko. Znowu coś szybko poruszyło się pod ścianą, skrobiąc...

Chorały Disneyowskie

Najprawdopodobniej za dni kilka wszystkich domowników trafi szlag i rozłoży dżuma, gdyż Ulson jako pacjent 0 właśnie zapoczątkowała magiczny krąg pandemii. Zjawiła się w Siedliszczu z temperaturą, gilami po kolana, grzechoczącym kaszlem i ogólnie w stanie mocno wskazującym na zarazę. Choć najgorsze i tak są kichnięcia, kiedy  jest tylko kilka setnych sekundy na podjęcie decyzji czy robić unik, czy wykonać rzut na szczupaka i próbować zatamować gejzer. Mimo wszystko łatwiej jest wrzucić ubrania do prania niż zeskrobywać ektoplazmę ze ścian, więc częściej wybierają opcję drugą. Ulson smętnie snuła się po domu, nie wydając zbyt wielu dźwięków, czym poruszyła zimne serce Linki. Jako że jeszcze nie została przez nią zarażona, nie pała do siostrzenicy rządzą wystawienia na allegro bez opcji zwrotu towaru, dlatego postanowiła jakoś ją rozweselić. Zamaszystym ruchem chwyciła 18 kg smarków, przerzuciła sobie dziecię przez plecy i ledwo powłócząc nogami, zgięta wpół zawlekła ją do swojej samotni...

Zdradliwy Świat Literek

Dziwak jak na zaawansowanego przedszkolaka przystało, śmiało mógłby już zostać politykiem. Potrafi napisać wszystko, co mu się dyktuje i nie zadaje pytań. Gorzej sprawa ma się z czytaniem, dlatego Linka nie chcąc, żeby jej siostrzeniec skończył w kryminale, przysiadła z nim do magicznego Świata literek. Nie jest to zadanie łatwe i trzeba wykazać się stoickim spokojem, gdyż Młodzieniec jest nad wyraz chwiejny emocjonalnie i z łatwością przechodzi od stanu euforycznego po ciężką depresję i popada w histerię. Na szczęście na jego przypadłość afektywną dwubiegunową, póki co wystarczą żelki lub szantaż emocjonalny w postaci szlabanu na bajki. Na Linkowe groźby chłosty, policzkowania i przypalania kostek nie reaguje. W książeczce przy każdym haśle do odczytania jest obrazek przedstawiający dane słowo, co według założenia twórców powinno ułatwić czytanie młodocianym lektorom. Obrazek ptaka - orzeł! – wykrzyknął uradowany Dziwak. - nie może być orzeł, bo zaczyna się na „j” – pouczyła go Linka ...

Potęga racjonalizacji

Wchodząc po raz 24857 na Filmweb w celu sprawdzenia jakichś informacji, Linka zupełnie niechcący, kątem oka zauważyła coś, co sprawiło, że całkowicie zapomniała czego właściwie szuka. Wstrzymała oddech, serce szybciej jej zabiło, a usta niemo powtarzały: ja chcę. Tęsknym wzrokiem spoglądała na baner koncertu muzyki filmowej Hansa Zimmera. Wszak muzykę klasyczną ceni dokładnie tak samo co ostrą naparzankę. Nie byłoby większego problemu, gdyby nie to, że jest to już któryś koncert w bieżącym roku, na który pada jej sakramentalne: ja chcę, a które nieubłaganie powiększa jej dziurę budżetową . Co prawda w Skandynawii można uzyskać rentę od uzależnienia na koncerty, jednak Linka wątpi w wyrozumiałość ZUSowiskich orzeczników, u których na ścianach wisi portret Stephena Hawkinga, a motto brzmi: Skoro on pracuje,  ty też możesz. Niezbędna zatem stała się solidna argumentacja kolejnej zachcianki, jako że racjonalizacja jest najlepszą metodą na uciszenie sumienia. Linka zmarszczyła brwi i zacz...

Bliskie spotkania z albami

W tym roku, aż dwie małoletnie jednostki z rodziny przystąpią do komunii, a że linkowe rodzeństwo w obu przypadkach zostało mianowane na chrzestnych, rozmowa zeszła na świątobliwe tematy; jaka sala, wartość prezentów oraz stroje komunijne. Szczególnie to ostatnie spowodowało, że Linka z szelmowskim uśmiechem wyłączyła się z rozmowy i z sentymentem zaczęła wspominać stare dzieje. Jakoś na początku studiów, dobra dusza Ula radośnie zakrzyknęła, że jest szczęśliwą posiadaczką wolnej chaty brata. Nie czekając długo, co by metraż się nie marnował, a panele nie poodchodziły, został skrzyknięty kwiat młodzieży na wspólne obradowanie przy ogrodowym stole. Czas miło płynął przy ożywionych dyskusjach na temat III-go filaru, czy zawartości drewna w drewnie w meblach z Ikei.  Co by się nie odwodnić biesiadnicy obficie zwilżali gardła boskim złotym trunkiem. Gdy godzina zrobiła się już mocno późna a ekipa zdążyła przerobić ustrój polityczny w San Escobar, ludność tubylcza postanowiła rozejść się do...

Fotel prezesa

Przypis autora; Pseudonim Menda nie jest  wyrazem szczególnej mendowatości kryjącej się za nim postaci, nie jest też zwrotem obraźliwym, jest to imię jak każde inne, np.  Franek. Menda, który jest ulubionym starszym bratem Linki  – jest bratem jedynym, ale niech ma – dumnie obwieścił światu, że wiezie dla niej prezent. Oczywiście ta zatrzepotała nerkami z zachwytu, gdyż nie odbiega od ogółu ludzkości i prezenty wielce poważa. Gdy w końcu nastał wyczekiwany dzień i Menda zawitał do Siedliszcza, Linka z licem niewzruszonym, co by na wstępie nie dać mu przewagi psychologicznej, przeszła w tryb oczekiwania. Zastrzygła uszami i w skupieniu nasłuchiwała kroków na schodach. Z radością przyjęła parskanie i prychanie brata, gdyż oznaczało to, że niesie ciężkie dary. Oczami wyobraźni widziała już co najmniej stół bilardowy, jachcik, ewentualnie Roberta Downeya Jr. Drobiąc na palcach niczym japońska gejsza, potruchtała na oficjalną część powitalną. Brata poznała tylko po głosie, gdyż zasłonięty b...