Posty

Wyświetlam posty z etykietą praca

Kosmiczny tort

W ostatnim czasie Linka w pracy głównie liczy. Nie na innych, nie na siebie, ale wszystko – nastał smutny czas inwentury totalnej. Przetrzebione jednostki z szaleństwem bijącym z oczu, przemierzają szybkim krokiem magazynowe połacie, wznosząc tumany kurzu. Co chwilę z innego kąta hali słychać wybuchy histerycznego śmiechu lub rozdzierającego serce płaczu. Gdzieś w oddali niczym w Sandomierzu niosą się serie strzałów odbijające się złowrogim echem po coraz bardziej opustoszałych ścianach – na szczęście tym razem był to tylko kolejny zwalony regał, jednak nikt nie wie, co będzie jutro… Linka niczym Tarzan z grupą inwalidzką skakała przez pół dnia z drabiny na regał z regału na półkę i z półki na drabinę w Kokardkowym Królestwie.  Przy 3-tysiącach kolorowych paczuszek gotowa była skręcić sobie wielobarwną linę i skończyć swój marny żywot, gdy nagle do jej uszu dotarł dziwny szum informacyjny; -... od razu wiedziałam… ,no wiedziałam…, byłam pewna… -  powtarzał jak mantrę głos. Głos okazał ...

Apokaliptyczne menu

Szkarada potworna, pomiot plugawy, zbuk odzwierzęcy. Pełzło to to uparcie w tylko sobie znanym kierunku, młócąc desperacko powietrze krogulczymi paluchami. Pohukując, warcząc i ciamkając parło przed siebie, znacząc swą drogę zgnilizną i rozkładem. - blogh… - przemówiło szarpiąc za nogawkę Koleżanki Kopytko, stojącej przed komputerem. - co? – zapytała z mieszaniną odrazy, strachu i współczucia patrząc znacząco na żywy obraz nędzy i rozpaczy. To to przełknęło głośno ślinę, odkaszlnęło i ostatkiem sił przemówiło ludzkim głosem – jeeeeść – wycharczała Linka, która okazała się tym. - chcesz, mam jeszcze kanapki. Na słowo kanapki Linka z dziką zręcznością podniosła się z parteru i prawie wyprostowała, już miała rzucić się w objęcia Koleżance Kopytko, gdy nagle posmutniała zdając sobie sprawę z okrutnej prawdy wszechświata  – pewnie masz z masłem? [1] – zapytała. - z masłem – oznajmiła chłodno Kopytko, po czym przekrzywiła lekko głowę i z łobuzerskim uśmiechem wykwitłym na licu, rozpoczęła ...

Walka o Radio

W każdym przybytku pracy Linka stanowi mniejszość pod względem preferencji muzycznych i bierze udział w nierównej i wycieńczającej walce o Radio. Ona domaga się najogólniej mówiąc rocka lub czegoś z linią melodyczną, reszta… po prostu się nie zna. Zmarnowana w poniedziałkowy poranek Linka bez entuzjazmu zasiadła do pełnienia obowiązków służbowych. Wzięła głęboki oddech, uniosła dłonie i już miała się zabrać za tworzenie małych dzieł sztuki, gdy do jej wyczulonych uszu dotarł mrożący krew w żyłach jazgot. Oko zaczęło jej latać, szczęki zacisnęły w żelaznym uścisku, a zgrzytające zęby ciosały snopy iskier. Linka doznała krwotoku wewnętrznego, gdy wokalistka przeszła do znienawidzonego refrenu, powtarzanego jedyne 467326 razy. W Lince obudził się mocno uśpiony gen bojownika o wolność uszu. Ukryła lico w obszernych fałdach kaptura, nałożyła chustę na nos, zgasiła światła i pod osłoną mroku rozpoczęła swą samotną krucjatę. Ruchem posuwistym-przyściennym podpełzła do odbiornika, sprawdziła t...

Poczucie obowiązku

Linką nadal targa zaraza i pomimo zdrowego rozsądku, żeby spokojnie zezgonić w pieleszach domowych, jej poczynania kierowane są dziwnie pojętym poczuciem obowiązku. Obowiązkowość ta jednak nie ma nic wspólnego z karierą zawodową… Zbolała i wymięta Linka przekroczyła próg przybytku pracy. Machnęła niedbale napotkanym osobnikom, złożyła zamaszysty podpis na liście obecności i wmaszerowała do kuchni. Rozglądając się, czy aby na podłodze nie leży ktoś kto nie zdążył dotrzeć do krynicy życiodajnej kawy, skradając się konspiracyjnie otworzyła szafkę. Rzuciła szybkie spojrzenie w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo  i pierwszy lepszy talerzyk zginął w czeluściach jej pokaźnych kieszeni. Wdzięczna losowi, że nie napotkała współpracowników, którzy rzucaliby zdegustowane spojrzenia na jej kleptomańskie skłonności i nie zostanie dyscyplinarnie zwolniona z kwiecistym wpisem do akt, pomaszerowała na sam koniec przepastnego budynku. - masz iść do biura – rzuciła gburowato Linka, nawet się nie przywit...

Kubek nietolerancji

Linka miała w życiu różne prace; szlachetnie urabiała się po łokcie i dostawała cellulitu od siedzenia za biurkiem, pracowała na dalekiej obczyźnie, jak i 10 minut od domu, przeprowadzała realizacje kontraktów na grube hajsy oraz liczyła ciasteczka z wróżbą. Wszystkie te prace miały różną specyfikę i jeden wspólny mianownik, który zdecydowanie lubi najbardziej – przerwę. Linka nadal usilnie poszukuje pracy, która składałaby się z samych płatnych przerw. W końcu jej ambicja, która jest na równi z asertywnością – ma zdecydowany deficyt cech osobowości na „a” – wyzwoliłaby się z okowów  lenistwa i niechybnie zostałaby pracownikiem miesiąca. Przerwa.  Siedząc i żując kanapki, Linka z niemałym ubawieniem oddała się rozmowie z Carycą na temat różnych przygód towarzyszących pracy w biurze obsługi klienta. Obśmiewały niefortunne przejęzyczenia, agresywnych klientów, patowe sytuacje i całą specyfikę pracy. W pewnym momencie Caryca mówi, że tego Linka nie pobije i z szelmowskim uśmiechem zaczęła...

Meandry mowy polskiej

Tak się składa, że Linka w pracy ma całkiem pokaźną grupę wielce sympatycznych Ukraińców. Wszyscy w lepszym lub gorszym stopniu posługują się językiem polskim, którego arkana cały czas jeszcze zgłębiają. Linka, jako osoba uwielbiająca zabawy rodzimym językiem, poczuła się zobowiązana przekazać swym ziomkom ze wschodu niezbędną do funkcjonowania wiedzę tajemną. I tak któregoś razu, gdy została oddelegowana do pomocy przy akcji o kryptonimie: lawenda, zaczęły się rozmowy dziwnej treści. Lawenda odegrała w tym niebagatelną rolę, gdyż o ile miło jest ją powąchać i odejść w stronę zachodzącego słońca, o tyle przebywanie w jej intensywnych oparach przez kilka godzin zadziałało na całą grupę niczym kąpiel w środkach psychoaktywnych [1] , wywołując atak niepohamowanej głupawki, a Linka jeszcze w pociągu pachniała niczym szafa starszej pani. Romanoffa skubiąc lawendę zaczęła uskarżać się na latające mięso, które oblega jej balkon - bardziej znane pod nazwą gatunkową jako gołąb. Biedna Romanoff...

Dzień Dziecka PEGI 18

Jak każdemu doskonale wiadomo, niedawno obchodzony był Dzień Dziecka. Oczywiście Ulson i Dziwak w należyty sposób zostali z tej okazji uhonorowani prezentami, na jakie zasługują, czyli policzkowaniem i chłostą. Więc o tym Linka nie będzie się rozpisywać, bo to nuda, ale że lubi robić niewybredne żarty postanowiła obdarować trochę większe dzieci i raz jeszcze przypomnieć o sobie swojej starej korpo. Linka wynajdując chwilę czasu wolnego w pracy, tudzież migając się od swoich obowiązków, rzuciła się w wir alejek i regałów szukając godnego prezentu dla całego biura. Posiłkując się swoim analitycznym mózgiem, wysnuła daleko idące wnioski, iż okapniki na świece, czy inne serwetki o fakturze lnu nie będą prezentem właściwym. Dlatego znów zanurzyła się w dziale z asortymentem na panieński. Przeglądając ze znudzeniem różne fikuśne i falliczne gadżety, nagle jej bystry wzrok astygmatyka padł na niewielkie, czarne pudełko, o który zapomniał cały świat. Wzięła je ostrożnie do rąk, zdmuchnęła zale...

Odkryte powołanie

Linka została bohaterem w swojej pracy. Bynajmniej nie dlatego, że wprowadziła innowacyjny system zwiększający wydajność i efektywność w poszczególnych strukturach przedsiębiorstwa na każdym możliwym etapie procesu, począwszy od produkcji po gospodarkę magazynową i sprzedaż. Nie. Za to dokonała czynu nie mniej chwalebnego, a o jej bohaterskich poczynaniach objazdowi bardowie będą snuć pieśni w przydrożnych tawernach. Linka przemieniła się w najprawdziwszą dr Quinn i uratowała koleżankę przed niechybną amputacją kończyny dolnej zaraz przy nadnerczu. Stojąc i bezwstydnie nie pracując Linka wdała się w polemikę ze współpracownikami. Rozmowa rozgorzała na dobre wszak już dawno po premierze Twin Peaks, a Linka, mimo że jeszcze nie miała czasu zapoznać się z nową odsłoną kultowego serialu, ochoczo brała udział w dyskursie, wyrażając lęki i nadzieje z nim związane. Nagle zamajaczył jakiś cień, widząc ruch z przeciwległego kąta magazynu wśród pracowników doszło do szybkiej kotłowaniny w poszuk...

Potęga gwary

Razu pewnego, Linka będąc zawalona robotą postanowiła skrzętnie wykorzystać to, że głównodowodzący opuścił już przybytek biurowy i wdała się w dyskurs z Danielem Danielem, który pełnił rolę handlowca. Od słowa, do słowa wyszło, że DD również jest zawalony robotą, więc wspólnie postanowili zagrać w „Państwa – Miasta”. Mimo wszystko, zarówno DD, jaki i Linka są poważnymi ludźmi, dlatego umówili się tylko na dwie rundy - zwycięzca będzie się pławić w glorii chwały, przegrany zostanie zhańbiony na wieki. Długopisy poszły w ruch, mózgi wyrwały się z klikającego otępienia i ruszyli. Pierwsza runda skończyła się remisem po 70 pkt. Drugą rundę zaczynał DD, Linka rzuciła szorstkie „STOP” i wypadło na literę „Z”. Powietrze, aż elektryzowało się od intensywnych procesów myślowych, a długopisy krzesały iskry. Linka gładko przechodziła od jednej rubryki do drugiej, aż dotarła do rośliny gdzie się przez chwilę zatrzymała, nie chcąc tracić czasu przeszła do tytułu, który pyknęła od razu i została jej...